“ja już żegnam”
Wiele niedopowiedzianych zdań,
wiele nieukończonych obrazów.
Myśli, które wyrwały się z objęć rozumu,
czas umykający i nie dający nadziei.
Próbuję chwytać oddech,
lecz coraz rzadziej robię to dobrze.
Katastrofy: jedna za drugą.
Zawala się struktura mojej wiary
we własne siły i przeznaczenie.
Powoli zapominam, jaki jest mój cel
i dokąd tak naprawdę zmierzam.
Patrzę na zegar i widzę wirujące sztylety
odcinające kawałek po kawałku
małe fragmenty mego życia.
Cóż tu po mnie?
Czas uciekać…
Za kwadrans zegar wybije północ;
wciąż nie wiem po co to robię,
ale piszę list za listem.
A przecież żaden z mych przyjaciół
ani razu na nie nie odpowiedział.
A może ja nie mam przyjaciół?
Tak, chyba tak – samotność jest czynnikiem,
który prowadzi mnie na skraj obłąkania.
Czy potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie,
co się stanie, gdy przekroczę
cienką linię pomiędzy normalnością i szaleństwem?
Łzy spływają na błękitną papeterię
i bezlitośnie rozmywają słowa
prawie, że wyryte stalówką mego pióra.
Oto, do czego doprowadza
brak marzeń
brak wrażeń
brak zdarzeń
pełnych śmiechu, radości i przyjaźni.
Nic tylko czerń, nic tylko pustka.
Wołanie o pomoc na nic się nie zdaje -
odbija się echem od ścian duchowej muszli,
w której sam się zamknąłem.
Na wieki.
Wszyscy zdają się być głusi
i ślepi chyba również,
bo przecież nie jestem niewidzialny.
Zapominacie, że istnieję:
ukryty głęboko we własnej norze
przerobionej na sanktuarium udręki.
Ale mimo to jestem…
Co i rusz rozpoczynam nowe dzieło,
ale nie potrafię ukończyć żadnego,
by następnie spojrzeć na nie i rzec:
jestem dumny.
To już tylko pęd za czymś,
co tak naprawdę nie istnieje:
Ideałem.
Głupie myśli kołaczą się
pod sklepieniem mojego jestestwa.
Nie potrafię już przypomnieć sobie,
co wydarzyło się poprzedniego dnia.
To tylko wielokolorowe puzzle;
elementów jest zbyt wiele,
bym zdołał je sam poskładać
w nierozerwalną całość.
Zdaje mi się, że już mówiłem:
nie mam przyjaciół do pomocy.
Spoglądam w czerń nocy i nie widzę nic,
co mogłoby napełnić me serce ciepłem.
Wciąż ten sam obraz – jedna jedyna pocztówka,
na której uchwycono nicość.
Ktoś wchodzi i mówi:
„Proszę się zbierać;
Pan już tu nie będzie mieszkać.”
Cóż robić?
Artystą być to znaczy cierpieć:
Śpiewanie serenad księżycowi to norma,
krew na dłoniach też – byle tylko własna…
Wychodzę i nie oglądam się za siebie.
I tak nikogo nie interesuje moja osoba.
Wsiąkam w wszechogarniającą czerń
i podążam w kierunku mostu.
Zimne fale jako jedyne na tym świecie
przyjmą mnie z otwartymi ramionami.
Do zobaczenia rano, kiedy to odkryjecie,
iż pobiłem rekord świata w nurkowaniu.
To dlatego wypłynąłem na powierzchnię
trzysta metrów stąd…
A że bez iskry w oku i z nadgryzionym nosem?
Nikt nie zauważy różnicy – tak jak to miało miejsce
i wczoraj,
i dzisiaj,
i zawsze
Tak po prostu;
… i już.

Cześć:)jestem pod wrażeniem,Stary..przeczytałem kilka Twoich wierszy i bardzo mi sie podobają:)pozdrowy
P.S co tam słychać u Ciebie?